wtorek, 26 grudnia 2017

Minion-Narciarz

Nie wiem, jak Wy, ale ze mnie jest straszny cykor. Boję się głównie prędkości i możliwości utraty kontroli nad sytuacją. Nie tęsknię także za większą ilością adrenaliny-wychodzę z założenia, że codzienne życie dostarcza mi jej aż w nadmiarze. Dlatego też, delikatnie mówiąc, nie ucieszyłam się, kiedy mój Mąż wraz z naszym kolegą namówili mnie do wejścia na taką gigantyczną zjeżdżalnię, mówiąc, że tam wcale nie jest stromo. Tam faktycznie nie było stromo, tam zapomnieli dorobić tę rurę i spadało się prosto z progu do położonego ze trzy piętra niżej basenu. 
Z jakiegoś jednak nie do końca oczywistego powodu postanowiłam się nauczyć jeździć na nartach. No, bo wiecie- wszyscy jeżdżą, a ja mam nie jeździć?!
Na początku szło nieźle. Wynajęliśmy sobie instruktora, bardzo miłego, pulchnego górala, który nas uczył zjeżdżać pługiem i trochę skręcać, a później gonił ze mną ciągle spierdzielający orczyk. To było cztery lata temu, w górach byliśmy trzy dni, więc nauczyłam się zjeżdżać z takiej prawie płaskiej górki i zadowolona pojechałam do domu.
Trzy lata temu uznaliśmy z Mężem, że pora wjechać dłuższym orczykiem wyżej, przy czym kąt nachylenia tamtej części stoku różnił się znacząco. Ale kij tam, wjechaliśmy. Stanęłam na skraju stoku i zaczęłam się trząść i płakać. Przecież to było samobójstwo. 
Następnie odpięłam narty i zeszłam na dół. 
Po godzinie płakania wjechałam na górę po raz drugi. Trochę się tam potrzęsłam i zaczęłam zjeżdżać. Szło mi dobrze, dopóki jechałam bokiem prawie prostopadle do stoku. Przy pierwszym  zakręcie przyspieszyłam, przewróciłam się i resztę drogi pokonałam jadąc na zadku i gubiąc po drodze jedną nartę. 
Po kolejnej godzinie znów wjechałam na górę z instruktorką, która była o połowę chudsza ode mnie, co nie pomagało mi wcale, bo to jednak powinien być ktoś, kto  będzie w stanie zatrzymać moje rozpędzone członki i uratować mnie przed niechybną śmiercią. 
Wjechałyśmy na górę iiii....? Nie zgadniecie. Zaczęłam płakać. Ale Pani Instruktor nie takie rzeczy widziała. Problem polegał na tym, że jechałam kawałek w bok, a przed kolejnym zakrętem znowu zaczynałam płakać. Pani poddała się po dwóch zjazdach polegających na tym , że popychała mnie w dół, a później łapała mnie kawałek dalej, bo panika odbierała mi wszelkie odruchy związane z hamowaniem, skręcaniem, czy w ogóle czymkolwiek. 
Przez ostatnie dwa lata nie jeździliśmy zimą w góry z powodu kryzysu ekonomiczno-seksualnego. I teraz-uwaga- dla niewtajemniczonych: kryzys ekonomiczno-seksualny jest wtedy, jak zaglądasz do portfela, a tam ch...
A teraz właśnie piszę do Was z Białego Dunajca, gdzie wczoraj pół dnia walczyłam z oślą łączką, gdyż moje umiejętności narciarskie wyparowały jak kamfora. A dzisiaj dałam się namówić na wyjazd na trochę większą górkę. Tylko trochę większą, bo pięcioletnie dzieci jednak zjeżdżały z niej na krechę. Na ten moment górka prowadzi jeden zero, po tym, jak wjechałam, rozpłakałam się i zeszłam. Nie wiem, jak to ludzie robią. Ani po co to robią. I jeszcze każdy mówi- za pierwszym razem to się musisz przełamać, ale później to już pójdzie. No, akurat u mnie to potem nie ma drugiego razu. Na tej zjeżdżalni też byłam raz i mi wystarczy na całe życie. Może Wy coś podpowiecie? Warto się tak męczyć, czy lepiej od razu iść na grzańca?

1 komentarz:

  1. Zdecydowanie na grzańca!
    Ja raz w życiu przypięłam się do nart, ale przezornie w domu, aż takim szaleńcem jak Ty to nie jestem.

    OdpowiedzUsuń