sobota, 18 czerwca 2016

Karma!



Najwięcej życiowych przemyśleń mam zawsze wtedy, kiedy na dłuższy czas jestem pozostawiona sama ze swoimi myślami, czyli najczęściej podczas długich weekendowych treningów. Dzisiaj, oprócz tradycyjnych prób niezdechnięcia, przyszła mi na myśl bardzo prosta analogia. Wzięła się ona stąd, że nienawidzę podjazdów. Umieram. Oczy wychodzą mi na wierzch, paszcza się otwiera, wpadają do niej zdziwione muchy, nogi odpadają, zgon po prostu. Długo walczyłam sama ze sobą, żeby przestać się bronić i za dużo myśleć o kolejnym podjeździe, bo to tylko potęgowało problemy. Obecnie z dumą mogę powiedzieć, że przynajmniej mentalnie jestem lepiej przygotowana na nierówności. A pomogła mi bardzo prosta myśl- nieważne, jak bardzo jest pod górkę i jak długo jest pod górkę, nie ma takiej górki, która nigdy się nie kończy. Kiedyś człowiek musi wjechać na szczyt, a później... BĘDZIE Z GÓRKI!!! To zupełnie jak w życiu przecież. Czasami zdarzają się niekończące pasma problemów, ale jeżeli się robi swoje, to w końcu doczeka się "zjazdu" i odpoczynku. Zdarzyło mi się w życiu kilka sytuacji, które sprawiły, że zaczęłam myśleć, że wszystko dzieje się po coś, czasami trzeba tylko więcej cierpliwości, żeby się doczekać informacji, po co.
Jedna z takich sytuacji zapadła mi w pamięć szczególnie. Siedziałam w domu po weselu przyjaciółki, walczyłam ze strasznym kacem (ech, bywało...) i zastanawiałam się nad bardzo poważnym problemem rozpadającego się samochodu, który coraz częściej nie chciał odpalać i trzeba było go pchać albo holować. Myślałam (chociaż, jak wiadomo, w takich momentach myśli się bardzo wolno) o tym, że staram się być dobra dla innych i los mógłby za to rozwiązać mój problem, który uniemożliwiał mi szybkie przemieszanie się z uczelni do pracy i z pracy na uczelnię, co było w tamtym czasie kluczowe, żebym mogła nie opuszczać zajęć i jeszcze zarobić na jakieś jedzenie. Oczywiście nie zanosiło się na żaden ekstra przypływ gotówki, który umożliwiałby zakup nowego samochodu lub chociażby prowizoryczną naprawę starego. 
W końcu stwierdziłam, że może poczuje się lepiej, jak się trochę przejdę i wyruszyłam do pobliskiego marketu, celem zakupu zmywacza do paznokci. Do dzisiaj nie wiem, co mną kierowało, ale po wejściu do sklepu skręciłam do kolektury Lotto, gdzie wydałam ostatnie (naprawdę ostatnie) 10 złotych na kupon w nowej grze, w której wyniki można było sprawdzić już po pięciu minutach. Zmywacza oczywiście nie kupiłam, bo już nie miałam za co. Wróciłam do domu i o całej sprawie zapomniałam. 
Wieczorem, kiedy mój mózg zaczął funkcjonować trochę lepiej, przypomniałam sobie o kuponie. Otworzyłam stronę z wynikami, znalazłam właściwe losowanie, sprawdziłam i okazało się, że dziewięć z dziesięciu liczb pokrywa się moimi. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że fajnie, bo pewnie ze trzy lub cztery stówki zasilą mój budżet i kupię sobie nowe spodnie. A później weszłam na podstronę z wysokościami wygranych i odkryłam, że mogę sobie kupić samochód! Nie nowy oczywiście, ale taki, który, jak się okazało,  woził mnie dzielnie przez następne kilka lat. Myślę, że już nigdy nie poczuję przy zakupie samochodu takich emocji, jak wtedy. Kiedy pojechałam po niego z tablicami (ponieważ był sprowadzony i musiałam czekać na rejestrację), płakałam. Płakałam też jadąc do domu (swoją drogą płakałam też, kiedy dwa dni później zarysowałam drzwi o bramę...). 
Od tamtej pory wierzę, że wystarczy się nie poddawać, uśmiechać i cierpliwie czekać. Podjazd się kiedyś skończy i nogi też kiedyś przestaną boleć. Naprzód!



sobota, 11 czerwca 2016

Jak Minionek skakał przez płot (i nie tylko przez płot).

Dzisiaj ukończyłam pierwszy w życiu bieg z przeszkodami. Powód do dumy niewątpliwie jest, ale dumna jestem jeszcze bardziej niż zwykle, ponieważ po pierwsze primo- w środę potrącił mnie samochód, a po drugie primo dzisiaj rano byłam już ze znajomymi z klubu na treningu pływackim na zalewie w Przykonie. Zatem na starcie ustawiałam się podrapana, posiniaczona, z naciągniętą szyją oraz już dzisiaj nieźle wymęczona i wychłodzona. 
Na zawody zabrałam się z ekipą biegających sąsiadów, na miejscu spotkałam też kolegę, z którym kilka lat temu kontakt się urwał, ale znajomość udało się odnowić właśnie dzięki wspólnej pasji sportowej. Wszyscy byliśmy debiutantami i żadne z nas nie wiedziało,w co się pakujemy. Było bardzo sympatycznie- przyjechaliśmy sporo wcześniej, obeszliśmy trochę teren, a później kibicowaliśmy biegającym dzieciom. O szesnastej huknął starter i wyruszyliśmy, w sumie w bardzo różnym tempie. Ja przyjęłam założenia, że nie ma co się szarpać na początku, bo jeszcze się zdążę zmęczyć. W końcu do dwanaście kilometrów. I przeszkody. Miałam rację.
W dużym skrócie Minionek dzisiaj: przedzierał się przez wszelkiej maści krzaczory, haszcze, bagna, błota, cuchnącą wodę z rzęsą (wykąpałam się i przebrałam, ale i tak mam wrażenie, że nadal śmierdzę). Oprócz tego: czołgałam się pod drutem kolczastym, gramoliłam się po dachu auta osobowego, biegałam z oponą, skakałam przez bele siana, czołgałam się pod mostem i pod ciężarówką, biegałam i skakałam przez przeszkody dla koni oraz dwukrotnie właziłam do kontenera z zimną wodą. Z uwagi na liczne zadrapania i siniaki, prawdopodobnie wyglądałam jak stara wyjadaczka, która takie rzeczy robi codziennie i nie przejmuje się odniesionymi ranami. Na bieg założyłam białą koszulkę, która była w pakiecie startowym, jasnoszare spodnie, których nie było mi szkoda oraz białe skarpetki i stare, poniszczone buty. Po biegu wszystkie rzeczy miały kolor ciemno błotnisty i cuchnęły zdechłym szczurem. Dobrym pomysłem było zabranie wielkich worków na śmieci, żeby wszystko do nich wpakować i dopiero później się martwić, czy te rzeczy jeszcze prać, czy po prostu wyrzucić.
Moim marzeniem od dłuższego czasu jest udział w Runmageddonie. Jak się ogląda ich filmy promocyjne na Youtube'ie, to ma się wrażenie, że startują tam nadludzie, którzy bez trudu wdrapują się, wczołgują, wskakują, turlają, czy co tam jeszcze organizator wymyśli, a pomiędzy przeszkodami jeszcze biegną jak dzicy. Człowiek to ogląda i myśli- ja też tak chcę! Skoro oni mogą, to ja też! Niestety na trasie na pewno nie wyglądałam, ani nie czułam się jak nadczłowiek, ani nawet jak człowiek w ogóle. Biegłam (głównie dzięki dopingowi i pomocy kolegi, któremu jestem winna dużą flaszkę) i myślałam sobie to, co zwykle myślę na zawodach: "K... mać, ja pier..., na ch... mi to było!". Ale w jednej sprawie mówią prawdę w tych filmikach- kiedy się stanie za metą i popatrzy za siebie, na te wszystkie przeszkody, które się pokonało, nagle przestaje być ważne zmęczenie, brud, skurcze, pragnienie. Właśnie wtedy się czuję jak nadczłowiek. Bo dokonałam czegoś, co wydawało mi się niemożliwe, a jeszcze jakiś czas temu na pewno było niemożliwe. Polecam.


niedziela, 5 czerwca 2016

Minion luksusowy

Jestem nieustająco pełna podziwu dla kobiet, które o siebie dbają przez duże D. I nie mówię bynajmniej o jakiejś elementarnej higienie i ogarnięciu, ale o rzeczach, które ja robię, jak mam się wystawić na poważny widok publiczny. Znam autentycznie kobiety, które co tydzień chodzą do kosmetyczki, codziennie rano robią pełny makijaż, co dwa, trzy dni mają nowe, fantazyjne paznokcie, a oprócz tego buty im zawsze pasują do torebki, paska od spodni, kolczyków, koloru szminki itd. itp. Nie to, żeby mi się takie kobiety nie podobały- bardzo mi się podobają. Od razu wydają się bardziej pewne siebie i obyte w świecie, czego niestety o sobie nie mogę powiedzieć, kiedy kolejny dzień zasuwam po mieście w trampkach i kucyku. I później przeżywam takie sytuacje, jak w zeszłym tygodniu, kiedy to jakiś starszy pan wołał za mną: " Dokąd się młodzież tak spieszy?!", a później się ciężko zdziwił, jak się odwróciłam. 
Myślę, że mój problem polega na tym, że w sukience i szpilkach się czuję jak przebrana. Zaraz mi się przypomina sytuacja z jednej z moich ulubionych babskich książek, kiedy to główna bohaterka strzeliła sobie profesjonalny makijaż na rozprawę rozwodową i z tym właśnie makijażem podróżowała komunikacją miejską, bardzo dumna z tego, że wszyscy na nią patrzą. Oczywiście, po rozprawie zorientowała się, że zapomniawszy o byciu elegancką kobietą, grzebała sobie w oku i wszystko rozmazała.
Ja też, jak już się przypadkiem umaluję, muszę się mocno skupiać na fakcie, że mam być elegancką kobietą i nie gmerać przy twarzy. Bo później mam podkład tylko z jednej strony, bo z drugiej przypadkiem starłam. Albo mam szminkę na zębach. Albo mi się tusz rozmaże we freski. 
Nie wspomnę nawet o tym, że często różne moje elementy nie nadają się do pokazania, bo na przykład akurat spadłam z roweru albo biegając w lesie potknęłam się o korzeń i zaryłam łokciami w glebie (później się nie chciały domyć). 
Spotykają mnie również różne losowe wypadki, które, jak mniemam, eleganckich kobiet nie spotykają. W zeszłym tygodniu szykowałam się na pogrzeb, co polegało na założeniu jedynej posiadanej czarnej sukienki (bo życie powinno być kolorowe), dziesięcioletnich, ale za to wygodnych czarnych szpilek i, o zgrozo, umalowaniu paszczy. 
Kiedy wkładałam sukienkę, okazało się, że zamek się zaciął i przez dłuższą chwilę podskakiwałam szarpiąc się z nim i próbując go przekonać, żeby jednak się zasunął, cobym nie musiała świecić na pogrzebie zadkiem. Niestety, razem z zamkiem pociągnęłam też kilka szwów poniżej. Spojrzałam na zegarek i już wiedziałam,że nie mam szans na naprawę. Ani na zakrycie problemu żakietem, ponieważ było gorąco jak w piekle. Stanęłam tyłem do lustra i błyskawicznie utwierdziłam się w przekonaniu, że na szczęśliwie nieco za luźnej sukience, problemu nie widać, kiedy stoję.
Na pogrzeb przyjechałam lekko spóźniona, a mój tata zawołał mnie natychmiast do pierwszej ławki. Kiedy siadałam, moja słynąca z unikalnych umiejętności dyplomatycznych ciotka wrzasnęła: "Kiecka ci na dupie pękła!".
 Jak zostać elegancką kobietą? Czy ja się mogę zapisać na jakiś kurs?...






poniedziałek, 30 maja 2016

Jak Minion płot malował i po schodach biegał.

Od jakiegoś roku wszystko idzie pod górkę. Wszystko. Jeżeli coś ma się zawalić, to wiadomo, że się zawali to i jeszcze kilka innych rzeczy. Można się przyzwyczaić, ale jest to stan permanentny i, szczerze mówiąc, dość dołujący.
Właśnie w takich niewesołych okolicznościach przyrody sport okazał się w pewnym momencie idealnym panaceum leczącym rosnące kompleksy i poczucie beznadziei. Rządziły nim dość proste reguły- im więcej dasz od siebie, tym więcej uzyskasz. Oczywiście nie zakładałam w żadnym momencie uzyskania minimum olimpijskiego, ale zachęcona pierwszymi sukcesami gotowa byłam dużo poświęcić, żeby ponownie zobaczyć lepszy wynik na zegarze na końcu zawodów i poczuć się jak władczyni świata i okolic. 
Zapitalałam zatem jak mały motorek. Śnieg nie śnieg, deszcz nie deszcz, budzik codziennie dzwonił o szóstej dając sygnał do kolejnego wysiłku.
Wiadomo- nie zawsze się chciało. Żeby nie powiedzieć, że najczęściej się nie chciało. W takich chwilach zwątpienia widziałam wszystkich tych bohaterów z lat dziecięcych, którzy determinacją i ciężką pracą dochodzili w krótkim czasie do spektakularnych efektów, za co spływała na nich sława i splendor. Rocky biegał po schodach. Karate Kid malował pierdyliard metrów płotu, który był symulacją ciosu. A ja o szóstej rano, przy minus piętnastu stopniach, w śniegu zasuwałam podbiegi w parku zdrojowym w Kudowie Zdroju. Jest to moje najbardziej wyraziste wspomnienie z zimowych treningów, ponieważ zadek zamarzł mi na sopel i później rozmrażałam go chyba z pół godziny pod prysznicem. 
Były to moje małe zwycięstwa nad własnym leniem i nad materią, która nie zawsze współpracowała. Jak napadało dużo śniegu, kupiłam kolce, jak nie dało się już wyjeżdżać rowerem, przesiadłam się na stacjonarny. Jak na początku wiosny wszyscy postanowili się odchudzać i na basenie pływało po dziesięć osób na torze, za radą koleżanki pływałam w łapkach i ludzie jakoś szybko się przenosili na inne tory. A ja byłam. Zawsze. Czasami nogi bolały tak, że nie wiedziałam, jak zejść na dół po schodach, ale cel miałam przed oczami- magiczny okrągły czas, który planowałam wreszcie złamać podczas biegu na dziesięć kilometrów.
Niestety, właśnie upadły moje wszystkie dziecięce marzenia, moi bohaterowie okazali się fikcją. Nie, nie osiągnęłam zakładanego czasu. Nawet się do niego nie zbliżyłam. Kiedy minęła pierwsza złość, zaczęłam na spokojnie liczyć, ile czasu poświęciłam na treningi, od kiedy osiągnęłam poprzednią "życiówkę". Wyszło mi, że było to ponad dwieście godzin. Ciężkich, często bolesnych godzin, w czasie których marzyłam, zależne od temperatury, o ciepłym łóżku albo o zimnym drinku z parasolką. Najgorsze jest to, że kompletnie nie wiem, co zrobiłam źle. Czy gdybym biegała po schodach i/lub malowała płot, to okazałabym się szybsza? Ma ktoś może pożyczyć pędzelek? 

sobota, 21 maja 2016

Szybko, szybko, zanim się zorientujemy, że to bez sensu...

Jak patrzę na swoich znajomych, to nie mogę wyjść z podziwu, jak oni to robią- gotują, pieką chleb, wykonują wszelkiej maści robótki ręczne, jeżdżą co tydzień na zawody biegowe lub inne według upodobań, poświęcają dużo czasu dzieciom, biorą udział w spotkaniach rodzinnych, nie jedzą glutenu, chodzą do kosmetyczki, chodzą na siłownię, malują paznokcie codziennie na inny kolor, ćwiczą z Chodakowską, gotują z Gessler, tańczą z gwiazdami i na pewno mają porządek w domu.
Czytając to, miewam myśli samobójcze. Budzik dzwoni o szóstej w poniedziałek, co jest początkiem każdego nowego tygodnia. Biegiem szykujemy dzieciaki do szkoły. Pędzimy do biura, robiąc po drodze zakupy. Pracujemy osiem godzin, czasem trochę dłużej. Wracamy do domu przez szkołę i przez sklep. Robimy coś do jedzenia i jemy. Odrabiamy lekcje. Ćwiczymy pisanie, czytanie, logiczne myślenie, mnożenie, dzielenie, całki, czy co tam jeszcze wymyślą, a i tak zawsze na zebraniu się dowiaduję, że wszystkiego należy robić jeszcze więcej. Zwykle od godziny osiemnastej prowadzę kombinacje, jak zwiać na trening. Kiedy wracam, właściwie jest pora szykowania do snu, kąpieli, czytania, poważnych rozmów o życiu, co trwa i trwa. Kiedy w końcu docieram do łóżka, padam na pysk. Podobno również chrapię (?!). A za chwilę znowu dzwoni budzik. Dzień świstaka po prostu.
I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znowu nic nie zrobiłam. Nie nauczyłam się niczego nowego, niczego nie zwiedziłam, nie poznałam nikogo nowego, generalnie- nie mam się czym pochwalić. 
A mimo to stale jestem w niedoczasie, stale mi siedzi z tyłu głowy coś, co jeszcze należałoby zrobić. Ciągle też ktoś dzwoni, ktoś pisze maile, ktoś o co pyta, co już powinnam była zrobić, ale jeszcze nie zrobiłam, bo od godziny próbuję zjeść kanapkę. 
Dwa lata temu pierwszy raz w życiu byłam na wczasach "ol inkluzif" i byłam w ciężkim szoku. Przez dwa dni wyliczałam co chwilę w myślach wszystkie rzeczy, których nie musiałam robić. A nie musiałam robić absolutnie nic. Wskazanym było jedynie wstanie do dziesiątej, żeby jeszcze wydawali śniadanie, najedzenie się i zajęcie leżaka. Nie musiałam ścielić łóżka, karmić kotów, robić zakupów, pracować oczywiście, prać, prasować, sprzątać, odrabiać lekcji, czytać lektur ani rozmawiać z dalszą rodziną, bo to przecież drogo. 
Generalnie chciałam Wam napisać, że warto czasami się zatrzymać na parę dni i nie robić absolutnie nic, bo to daje kopa na kolejne tygodnie i miesiące. Niestety nie zdążę bardziej rozwinąć tego tematu, bo właśnie skończyłam myć podłogę, a dzieciaki marudzą, że są głodne...

czwartek, 12 maja 2016

Wziuuuuuum!

Postanowiłam właśnie opowiedzieć co nieco o moich wrażeniach dotyczących użytkowania roweru szosowego. Natchnęła mnie do tego dyskusja dwóch moich kolegów odnośnie tego, czym różnią się stroje startowe: "To jest opcja kolarska, większy pampers w gaciach, a to jest opcja triatlonowa, bardziej podpaska niż pampers" :P 
Cały zeszły sezon się zastanawiałam, co ma dać ta pielucha w spodniach, a teraz... nie wiem nadal. Na pewno kolarz szosowy o wiele bardziej uważa na wszelkie nierówności i dziury, bo po pierwsze spotkanie z dużą dziurą mogłoby się zakończyć drogimi zniszczeniami (swoimi oraz roweru, ale przecież dla kolarza rower ważniejszy), a po drugie każdy szanuje swój zadek i nie chce przez kolejny dni odczuwać boleśnie skutków swojego szarżowania. Pampersa nadal nie kumam, przesuwa się na boki albo do przodu, powodując bardziej dotkliwe zniszczenia, niż jego brak, ale życie mnie nauczyło, że takie rozwiązania jednak czemuś służą, tylko moja inteligencja nie zawsze pozwala mi od razu odkryć intencje autora...
Niewątpliwie jeździ się szybciej, co powoduje kolejne problemy, bo moje treningi mają objętość czasową, nie kilometrową. Zatem, jeżeli trasę, która wcześniej zajmowała mi osiemdziesiąt minut, teraz pokonuję w sześćdziesiąt, zostaje mi dwadzieścia minut niezagospodarowanego czasu, a jestem już przed domem i kanapa zerka mnie przez okno. 
Coraz lepsze mam też umiejętności techniczne- droga hamowania z około pięćdziesięciu metrów skróciła się do około dwudziestu. I nawet potrafię się puścić! Jedną ręką! Na razie lewą, prawą ni cholery...
Jaki z tego wniosek? Ano, jestem absolutnie fatalnym kolarzem, co nie przeszkadza mi mieć mega radochy z wykręcania kolejnych kilometrów w tempie, którego pewnie należałoby się wstydzić, ale ja nie muszę, bo jeżdżę w takie miejsca, gdzie spotkam najwyżej psa z kulawą nogą, a jego bardziej interesuje odgryzienie mi połowy zadka i nawet się cieszy, że nie jadę za szybko, to ma większe szanse. 
Czy wystartuję na zawodach? Oczywiście, że tak! W zeszłym roku startowałam na moim powalającym białym crossie i wyprzedzali mnie absolutnie wszyscy, brakowało tylko osób z kijkami, które pomyliły wyścigi, one też pewnie by mnie wyprzedziły. Tylko czy to jest ważne? 
Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy biegnę albo jadę na rowerze z górki (pod górkę jestem zajęta zipaniem), to myślę o tym, że mam cholernie dużo szczęścia, że po pierwsze jestem zdrowa i sprawna, i dzięki temu mogę to robić. Po drugie- mam możliwość znalezienia godziny czy dwóch dla siebie, a po trzecie stać mnie na zakup butów biegowych ( z Lidla, ale zawsze) czy spodenek z pieluchą ( w sumie też z Lidla, wpis zawiera lokowanie produktu...).
Podsumowując- rower szosowy świetna sprawa, ale chyba coś robię źle, bo takich przeżyć jednak nie mam...

wtorek, 10 maja 2016

Miała matka syna...

To nie o mnie akurat, chociaż wszystko się zgadza :)
W zeszłym tygodniu byliśmy zaproszeni na Imprezę (celowo wielką literą). 
Impreza duża i zacna- ponad pięćdziesiąt osób. W remizie. W malowniczej, spokojnej wsi. 
Moment straszny- ja wyglądałam od kilku tygodni jak zombie. Brak czasu dla siebie oraz środków finansowych na fanaberie spowodował totalne zapuszczenie- kilometrowe odrosty, brwi a la Breżniew, chaszcze na nogach, trampki, sam seks po prostu...
Przez cały tydzień dzielnie zmierzałam do fryzjera i przez cały tydzień nie dotarłam tam. Nie kupiłam również prezentu ani nie odebrałam sukienki od krawcowej. W między czasie zostałam pouczona, że impreza nie jest bardzo oficjalna i żebym nie przesadzała, ale nadal mój stan bieżący nie nadawał się do pokazania. 
W sobotę rano zadzwoniłam do swojej fryzjerki, która na dźwięk mojego głosu jęknęła. Zawsze jęczy, bo zawsze dzwonię w ostatniej chwili, że ja właśnie teraz muszę. Moja fryzjerka to bardzo dobra kobieta- upchnęła mnie kolanem między inne klientki, uśmiechając się do nich uroczo i przepraszająco. Podczas czekania, aż farba nada właściwy (czytaj: nie siwy) kolor moim włosom, wepchnęłam się również na krzywy ryj do kosmetyczki. 
Kiedy ja starałam się wszystkimi siłami upodobnić do kobiety, moja rodzina dzielnie walczyła w Trochę Większym Mieście o prezent, który spodoba się Jubilatowi.
Po wyjściu od fryzjerki byłam w tak dobrym humorze, że nawet zaczynała mi się podobać perspektywa szlajania po nocy (zgodziłam się wystąpić w niewdzięcznej roli kierowcy).
Z uwagi na wszelkie trudności, które wynikają bezpośrednio z konieczności zostawienia trójki dzieci pod opieką babci, wyjechaliśmy późno. Pewnie, gdyby zatrzymała nas policja, spytaliby dokąd tak nisko lecimy. Na Imprezę dotarliśmy spóźnieni zaledwie dziesięć minut, ale szczęśliwie Jubilata jeszcze nie było.
I tu zaczyna się właściwa akcja, której byłam tylko widzem. Spotkanie po latach, właściwie po ponad dwudziestu latach. Towarzyszące temu okrzyki, które zwykle towarzyszą takim imprezom: "Nic się nie zmieniłeś!", "Na ulicy bym Cię od razu poznał!" i najlepsze: "Patrz, Kowalska taka stara pudernica, a ty wyglądasz zupełnie jak dwadzieścia lat temu!". I nie ma tu znaczenia, że nie masz kompletnego owłosienia, kompletnego uzębienia czy też po wejściu na wagę wyświetla Ci się własny numer telefonu ;-) Nie zmieniłeś się i koniec.
Alkoholu było Dużo (również celowo wielką literą), muzyka była disco z pola, co kłóciło się ze strojami połowy towarzystwa, wskazującymi raczej na upodobania rockowo- metalowe. 
Po kolejnym nieprawdopodobnym hicie, którego nie słyszałam szczęśliwie od dwudziestu lat, kiedy to Polsat w soboty rano serwował zainteresowanym Disco Relax, jeden z kolegów podsumował:
-Chyba się podpalę w akcie protestu...
Imprezę opuściliśmy po północy, kiedy część towarzystwa chyba nie bardzo już wiedziała, gdzie i po co jest,  a jeden pan wsłuchiwał się w odgłosy miasta (czy też właściwie w tym przypadku- wsi).



I tylko tak się zastanawiam- my to chyba nie umiemy się bawić...